| < Wrzesień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
piątek, 15 kwietnia 2005
Coniuratio Lexiconum - pars tertia

PERSONAE:

Klodia
Pulcher
Hispala

H: Dobrze, o Klodio prześwietna, już nie będę w twoich słowach wątpliwości pokładać, tylko abyś dalej mówiła, co potem zaszło, bo to mi się zdaje jest zupełnie niezwykłe!
K: Dobra! To mówię dalej. Na czym ja stanęłam, bo trochę jestem rozproszona już jakby.
P: „I z głowy jej zstąpił!”
K: No! Tedy Meduza Cimcirymci pozostawiona tak i na siebie tylko samą zdana, pierwej nie wiedziała, co ma czynić. A długo była siedziała i po pozostałej w miejsce Tupeciku Prześwietnego Filologicznego łysinie była skrobała się i drapała. W końcu jednak, ujrzawszy to wolooka Hera i zlitowawszy się, taką myśl skrzydlatą, niczym pierwszy włos na łysej łepetynie wyrastający, co jest zupełnie jak pierwiosnek przez jeszcze grubą kołdrę śniegu się przebijający, gdy ledwie jakie w lesie słychać kwilenie ptaków i cała natura dopiero co do życia z powrotem się budzi, i słońce jaśniej zaczyna patrzeć i śniegi powoli słabną i ustępują, zrodziła w jej głowie. A takie skrzydlate słowa powiada jej bogini:
- Każdy człowiek i partykuła każda, dążący do wybicia się ponad poziom wszystkich innych istot żywych, powinien starać się usilnie o to, żeby nie przejść przez życie w zapomnieniu, jak bydlęta, które przyroda stworzyła pochylonymi ku ziemi i zaspokajającymi jedynie potrzeby brzucha. Lecz na całość waszych istot składa się duch i ciało: duchem posłujecie się jako rozkazodawcą, ciałem raczej jako niewolnikiem; ducha macie wspólnego z bogami, ciało ze zwierzętami. Dlatego tym bardziej słusznym wydaje się starać o zdobycie przewagi raczej siłami ducha niż ciała, a ponieważ samo życie, z którego korzystacie, jest krótkie, należy pamięć po was jak najdłużej pozostawić; albowiem sława bogactwa i urody fizycznej niestałą jest i kruchą; dzielność jest nabytkiem sławnym i wiecznym.
Lecz z razu żądza zaszczytów w większym stopniu niż chciwość opanowywała dusze ludzkie i partykularne, a ta pierwsza wada bliższą była cnoty niż ta druga. Lecz skoro tylko pojawiła się partykuła ge wszystko do złych rezultatów doszło. Nie było bowiem nikogo pośród ludzi i partykuł, kto z równą chciwością zagarniałby wszystko dla siebie. A żaden mądry człowiek czy partykuła rozważna tak rozległej ekspansji nie prowadzi nigdy, jeśli coś mu nie zagraża z zewnątrz. Jednak chciwość podważyła zaufanie, uczciwość i wszystkie inne cnoty; żądza zaszczytów zmusiła partykułę do tego, że stała się fałszywa, że co innego miała w sercu a co innego na języku, a kierując się względami doraźnymi wpychała się wszędzie, gdzie tylko się dało. Teraz twoja powinna być w tym łysa głowa, aby partykułę zdemaskować.
Te słowa jej rzekła.
Pouczona tym znacznie Meduza Cimcirymci powzięła w swym sercu młodym jeszcze podówczas a zrozpaczonym, że nie pozostaje jej nic innego, jak tylko w zaciszach i cieniach biblioteki zadzierzgnąć sprzysiężenie ze słownikami i partykułę ge zdemaskować i wszystkie jej niecne zamysły i znaczenia na światło dzienne wyciągnąć. Taki plan powziąwszy, udała się wcielać go w życie.
H: A nie myślisz chyba teraz, w najciekawszym momencie, opowieści tej przerywać?
K: Ojmoj! Nie przerwałabym wcale, bo jeszcze całej prawdy, co mi ją bóg zesłał w wielce zacnie pofałdowane wnętrze mojej głowy, nie powiedziałam. Jakby jadaczki nie otwierała, to bym dalej godoło wieszczo. Teraz to już nie mogę! Te! Pulcher! A mógłbyś może, jak cię tak ładnie proszę, przyciągnąć nam tu tę kadzielnicę z powrotem? Może już taa nie kopci, a mnie trochę dymu tsza, coby dalej tej tu Hispali snuć opowieść.
P: Se lepiej zajara, a nie jakieś kadzidła, badziewie indyjskie czy ze stadionu, wącha. Ma! Fajek!
H: Ja nie wytrzymam tego napięcia! Co dalej! Co dalej! Czy aby na pewno opowiesz?
K: Nie bój żaby. Też se zajaraj.
P: Zdaje mi się, że historia Meduzy jest prawie jak Moda na sukces, a może i lepsza!
K: Nie inaczej, O-Pulchrze!

piątek, 08 kwietnia 2005
Coniuratio Lexiconum - pars secunda

PERSONAE:

Klodia
Pulcher
Hispala

K: No nareszcie, bo już strasznie mnie suszy!
P: Te, Klodia, czy tam ci się za bardzo to zioło w kadzielnicy nie jara?
K: Na Kyna! Zaraz tu będzie straszny kopeć! Może weź to i za winklem trochę bardziej postaw, niech się tam barbarzyńcom kopci pod nosem, nie nam. A je se łyknę obficie, co mi Hispala przyniosła.
P: I jak? Już dość jesteś wstawiona?
K: Ani za dużo, ani za mało, Pulchrze, bo musi ci być wiadome, że jeszcze i po czterech głębszych spokojnie mogę powiedzieć: Król Karol kupił królowej Karolinie korale koloru koralowego! A po antycznemu to będzie: Rex Carolus emit reginae Carolae monile coloris coralii.
P: O! To pięknie! Ale patrz, ta Hispala coś mi się niewyraźna zdaje i chyba koniecznie chce do ciebie przemówić.
K: A to nawet bardzo możliwe. To co tam Hispalo?
H: Eheu, powiedz mi już to prędko, co tak bardzo chciałabym wiedzieć, bo mnie ciekawość zżera, czas goni, a i Pomponiusz na mnie czeka!
P: Nie czeka, nie czeka, nie żyje...
K: A uzbrój mi się w cierpliwość, bo historia to długa a zawiła, i jeśli miałabym ją do czegoś przyrównać, to nic innego nie przychodzi mi lepszego do głowy, jak tylko to, że „cecha akcydentalna nigdy nie jest cechą akcydentalną cechy akcydentalnej”, jak powiedział ten tam Arystoteles. I ta historia jest równie zawikłana jak to, co on mówił. Gotowaś?
P: Nuuudzę się...
H: Tak, gotowam! Mówże już!!
K: To słuchaj. Wiesz przecież, bo i kto tego nie wie, chyba tylko jakiś, co jest całkowitym idiotą albo w ogóle na niczym się już nie wyznaje, że Meduza Cimcirymci żyje jakby w symbiozie z Prześwietnym Filologicznym Tupecikiem, który nosi się na jej głowie. A to przecież całkiem jasne, że ją te wszystkie rzeczy, co mówi i pisze, to wcale nie interesują, bo tylko by chciała siedzieć i w nosie dłubać, bo i nawet tkać peplos, jako czyniła prześwietna i ze wszechmiar czcigodna małżonka przemyślnego Odyssa, co 10 lat po morzach się tułał, Penelopa, jej się nie chce. Tako wszystko, co ona czyni, to nie czyni wcale inaczej, jak pod przymusem, a nie kto inny ją przymusza, jak Prześwietny Filologiczny Tupecik. To właśnie ten jej każdego dnia nakazuje za studia się brać i trwać przy tym tak długo, jak tylko sprawa tego wymaga. A i to musisz wiedzieć, że nie zawsze zajęcia Meduzy tak jak teraz się przedstawiały. Na samym początku, jak jeszcze i Tupecik nie był u niej w takim poważaniu jak teraz, ona przychodziła na nie i dalej coś marudzić, leniwić się i takie inne. Studenci siedzieli i jak ona też nic nie robili wtedy. I nie było ani czytania tekstów, ani tłumaczenia, ani żadnych wcale o tym rozmyślań, ani rozważań. No i w końcu tak się stało, że Prześwietny Filologiczny Tupecik, który już długo był narzekał i nakłaniał, i wszelkimi znanymi sposobami przymusić Meduzą pragnął, żeby w końcu uczyć i siebie, i innych porządnie zaczęła, nie wytrzymał i te słowa skrzydlate ku niej wypuścił niczym pawia:
- Oto widziałem już wiele lenistwa i wiele wymigiwania się od obowiązków, ale tego, co ja tutaj u ciebie widzę, to jeszcze nie znałem. Przecież ty wcale ojca swego nie szanujesz i wszyscy by to mogli potwierdzić, którzy tylko coś o nas wiedzą. A nie było tak, że sama się wzburzałaś na naukę łaciny i grekę szlachetną i wśród wszystkich czcigodnych bogów, co na wysokim szczycie Olimpu zasiadają, cenioną chciałaś poznawać i zgłębiać? I gdzie jest teraz twój zapał do tego? Teraz zdajesz mi się niestała i wiarołomna niczym ta przewrotna suka, obmierzła!
Bodajby w owym dniu, gdy matka na świat cię wydała,
Zły huragan zagarnął i wściekle cię porwał, i cisnął
W góry lub w morza odmęty, co przewalają się z szumem,
Gdzie by cię fale wchłonęły, nimby to wszystko się stało!

Te słowa jej wyrzekł.
- Ojcze, czyżbyś już nie pamiętał, że ja aktoressą być chciałam i po scenach rozlicznych, na całym świecie prześwietnych grywać role wspaniałe? Ty mnie to prawie siłą od tego odwiodłeś i wyrwałeś i głowę mą dla ciebie specjalnie przecież goliłam!
A wtedy on:
- Dobrze więc! Ty idźże swoją drogą, a ja ci tu teraz mówię, że przed bogami przysięgać będę swą wierność dozgonną partykule ge, która ma więcej zapału i czci dla mnie niż ty.
I z głowy jej zstąpił!
H: Ależ to nie może być? Czyż naprawdę?
K: A co myślisz, że kłamię!
P: Weź no łyka jeszcze, bo pewnie ci, wieszczbie niezgorsza uwędzonej, w gardle już zaschło. I ja sobie łyka pociągnę.
K: Tylko uważaj, bo prawdziwie świetny podarek ta oto Hispala przyniosła i jak se łyknęła, to tak mnie rypło, że zaraz poczułam jakby Apollon we mnie wstąpił i godoć mi się chciało co niemiara!

czwartek, 07 kwietnia 2005
Coniuratio Lexiconum - pars prima

PERSONAE:

Klodia
Pulcher
Hispala

H: Witajcie o wiecznie owieczki dymu zza zagrody swych zębów wypuszczający w bramach i na rozstajach dróg, o Klodio i O-Pulchrze! Niechaj lary wasze i penaty wasze zawsze przychylne wam będą, a jako Nestor wiekowy mądrością swą dzielić się zwykł ze zgromadzeniem wszystkich Achajów pod krzywodziobymi okrętami, tako i wy, o czcigodni, zechciejcie wiedzą swą pradawną podzielić się ze mną!
P: No.
K: A masz ty ognia, bo mi fajek w ustach rozmiękł był – plusquamperfectum-?
H: A jużci! Na Kyna!*
P: Dawa!
K: Jakież to pytanie zadać chcesz mnie, która w oparach ziół rozmaitych i boskich wyziewach, i z tyłkiem zdrętwiałym od siedzenia na tym trójnogu całodziennym, w zaułkach i bramach się wędzę? Jeno w heksametrach, bo inaczej nie zrozumim!
H: Połiedz boska Klodio, bo dręky mnie to niezmiernie
Kemu Kimkirymki ł słołniki ciągle spoziera?
P: Błeee… Restytutą???
K: KWOD?????
H: Powiedz boska Klodio, bo dręczy mnie to niezmiernie,
Czemu Cimcirymci w swowniki ciągwe spoziera?
K: No, po ludzku godo! Bo trzeba ci wiedzieć, Pulchrze zaparty, że te ichnie nowości wielce me ucho drażnią i cellulitis na ciele mym falluje niczym morze czarne jak wino chłostane bezlitosnym biczem Eurusa!
H: Lecz przemów już, proszę, bo spieszno mi Melę, Pomponiusza znaczy się, na język barbarzyńców piwo niezmieszane żłopiących, z pianką, tłumaczyć.
K: Azaliż nie wiesz, że ja spirytystką jestem? A bogom wielkim, którzy w spirytystkę moc swę przelewają, ofiarę złożyć wypada, wysokoprocentową a drogocenną, nie jakieś Fresco, bo wszak nie będę se tu destylować! Okaż zatem szacunek bogom należny i skocz no po flaszkę, a ja tymczasem w sercu swym wszystko rozważę a rozpatrzę.

------------------
* Na Kyna! Pies to kochał!

środa, 16 marca 2005
Klodia się spieszy - nici z opowieści

PERSONAE:

Klodia
Pulcher
Agrypina

P: Witaj, o Klodio, jakżem rad, że cię właśnie tu spotykam! I ciebie pozdrawiam, o Agrypino wolooka!
K: Radam bardzo, że cię widzę, Pulchrze wszechmoczny, a pewnie ty byłbyś rad w dwójnasób, gdybym ci jaką historię o tej tam, Meduzie Cimcirymci, opowiedziała?
P: Ze wszechmiar! I ja, i jak mi się zdaje Agrypina takoż!
A: Nie inaczej przecie. Ja tu już czekam dłuższy czas, aż Pulcher przyjdzie i ciebie o to nagabnie, bo sama dziś nie mam śmiałości.
K: A nich to pies jebie! A ja dziś taka zaganiana, że nie mam czasu wam opowiadać.
A: Wielką nam robisz przykrość, o Klodio z rozwianym włosem!
P: Czy tobie chodzi: poczochrana?
K: A nich was! Nie mam ja czasu dialogować tera o słowach i ich znaczeniu, a tylko tyle wam rzekną na pocieszenie, że właśnie spieszę się bardzo na zajęcia Meduzy, i myślę, że pewną ilość nowych historii przyniosę!
P: Niech więc i tak będzie, bo to chyba dla nas z większą korzyścią teraz nie zatrzymywać ciebie, a jutro dwa razy więcej wysłuchać!
A: Nie można się z tym nie zgodzić! Spiesz już na zajęcia.
K: Więc jutro, w tym samym miejscu, w tym samym czasie. A teraz Meduza wzywa!

poniedziałek, 28 lutego 2005
Meduza Cimcirymci kontra prof. Przyjazny Ślimak

PERSONAE:
Agrypina
Klodia
Brutus
Pulcher
Marek Terencjusz
Liwia

A: Jemy już dość długo, a nam muzyka dawno się skończyła.
K: Oto co znaczy nażerać się i napychać brzuchy bez umiaru. O wszystkim idzie przy tym już zapomnieć!
MT: A ja bym chętnie tu czegoś posłuchał, bo to tak nudno przy udkach czas płynie, a i winogron w postaci ich płynnej mam trochę dosyć.
L: Jest nienajlepiej.
B: Czy czegoś za mało?
A: Chyba że nie jedzenia, ani napitku, tego wszystkim dosyć.
MT: To przecie mówię, że jakby historii.
K: Niech Pulcher opowie!
P: A jaką znowu? Pewnie najchętniej o naszej Meduzie?
K: O czymże innym! To nas najwięcej z wszystkiego ciekawi!!
B: Chętnie posłucham, a i Marek Terencjusz pospołu z Liwią zdają się na to chętni.
A: No mówże już prędko, bo dość mi już jedzenie ciąży w brzuchu!
P: Już mówię tedy. Bo było to nie tak znowu dawno. Meduza była wprost po swych zajęciach, na których Homer dużo był mówiony. I sama słyszy, że studenci w korytarzu mówią, o tym jak profesor Przyjazny Ślimak tłumaczył im Homera i są zachwyceni ze wszystkiego tym najbardziej, że tak po prostu i bez nadmiernej komplikacji. Ten pokazywał im bowiem, że jak coś jest tak, to tak jest i nie ma co zmieniać, żeby było inaczej, więc mówią, że u niego to miło całkiem, bo rzeczowo bardzo. Usłyszawszy to, wzburzona wielce i tym bardziej, że nie tylko w jej honor, ale i we wszelkie cnoty Przesławnego Filologicznego Tupeciku takie rzeczy wydały jej się godzić, idzie do tamtego, a przywitawszy się chłodno i oschle mówi:
- Słyszałam skądiś, że to tak prosto i rzeczowo można Homera tłumaczyć, kiedy tymczasem jest wręcz przeciwnie, a nie wydaje mi się, aby bogom miłym było, żeby i o nich tak po prostu mówić, a przecież liczne rzeczy u Homera o bogach wspomniane! Tak się nie godzi tedy!
Na to w te słowa on jej rzecze:
- To tak zawile Homer o tym wszystkim pisze, że trzeba jakoś go tak tłumaczyć, że nie zwyczajnie i po prostu ze słów na słowa?
- Nie inaczej!
- To i bogach takie niejasności?
- O bogach także i tego się trzeba najbardziej wystrzegać!
- Więc ty, kochana, niezbyt to rozumiesz, o co mu chodzi?
- Ależ wręcz przeciwnie!
- A to po grecku rozumiesz co pisze, czy też i w naszym ojczystym języku?
- W obydwu.
- A co innego jest w jednym i w drugim?
- To już zależy jak się przetłumaczy, bo kiedy namysł powziąć odpowiedni nad każdym słowem, to i w przekładzie ścisłości dojść można, żeby to było całkiem jak po grecku. Ale to nie tak, że słowo za słowo, bo odpowiednim każde, i choćby najmniejsze, trzeba rodzimym słowem uważnie zastąpić. Inaczej wszystko nam pójdzie na marne i same kłamstwa będziemy powiadać.
- Tak wiele kłamstwa! Doprawdy to się nikomu nie godzi! Odpowiedz mi w takim razie na to: czy skoro taki jeden pisze tłumacząc Homera:
Gniew Achillesa, syna Peleja, opiewaj, bogini,
Gniew złowrogi, co krocie klęsk na Achajów sprowadził,
Wiele potężnych dusz bohaterów w podziemia Hadesu
Strącił, zaś ciała na żer rzucił psom i ptakom-drapieżcom;

to to jest zasadniczo coś innego, czy coś bardzo podobnego do tego, co i sam Homer mówi?
- Coś podobnego, ale nie do końca.
- Ja nie mówiłem, że ma być do końca. Bo przyznaj sama, że sztuka tłumaczenia już z samej swej natury dokładną być nie może! Sama wiesz chyba lepiej ode mnie, że słowo słowu nigdy nie jest równe, kiedy granica języków je dzieli. To odpowiedz mi teraz także na to: czy to tak nie jest, że kiedy ktoś tutaj przychodzi i uczy się i studiuje przez kilka lat, to my go nie tylko słownictwa uczymy i gramatyki, ale i myśleć, jak nam się zdaje, podobnie do tych, którzy starą mową tak znakomicie się posługiwali, a także wielu innych rzeczy przecież jak nazwy sprzętów, czynności, miejsc różnych?
- Uczymy.
- Czy więc ktoś taki, co zgłębia Greków prześwietnych tajniki kultury, nie będzie w stanie w każdej bądź mowie wychwycić wszystko to co najważniejsze i to bez względu czy cnotę męstwem zwać będzie, czy też męstwo cnotą?
- Tak się wydaje.
- Bo trzeba żyć w prawdzie, moja droga, i trzeba wiedzieć, że przepaść jest duża, a to wystarczy, aby już rozumieć. I wtedy nie już co się rozwodzić, nad szczegółowym znaczeniem to tego, to znów innego słowa ze wszystkich. I z tym się pewnie ze mną zgodzisz, że kiedy w prawdzie życie nam upływa, to wiemy przecież wszyscy doskonale, że nic nam wiedzieć na pewno danym nie będzie? Oszukiwać więc nie ma się po co!
- Tak się być zdaje, kiedy ty to mówisz.
- Bo popatrz jeszcze, że i w naszej mowie każde jedno słowo nie znaczy tylko jednej i jedynej rzeczy, ale wiele różnych. Więc skoro Homer coś po grecku pisze, co w naszej mowie znaczy to to, to tamto, to chyba nie ma większych wątpliwości, że i u niego nie jedno znaczenie, ale zupełnie ich kilka być może?
- Tak jest, nie inaczej przecież.
- Więc wszystkiego się idzie z tego nam domyślić. Czy powiesz tak, czy owak, to w obu językach zawsze coś przeciwnego oznaczać to może i owak nagle tym takiem się stanie, a tak się owaki zrobić może w czyimś umyśle. Czy się z tym zgadzasz?
- Eheu! Nie można się chyba nie zgodzić!
- Więc po co, powiedz może mi Meduzo, czas tracić cenny, rozprawiając o tym, czy i i będzie, czy a może, skoro w tłumaczeniu to nic nie pomoże? Czy to nie lepiej taki czas poświęć by książki ładnie w papier obłożone były?
Wtedy już ona całkiem rozstrojona, a jeszcze pod przemożnym wpływem ze wszechmiar złego gniewu Tupeciku, rozwarła swą zagrodę zębów lecz słowa mądre nie miały skrzydeł, a skrzydła dała tylko słowom gniewu i szybko zmyła się. Tak to było!
A: Uciekła, przegrawszy?
P: Nie inaczej przecież!
K: Świetna historia, ale teraz muszę już szybko udać się do womitorium, bo długa była, to i wina dużo, słuchając jej, sobie pozwoliłam wypić. Teraz chyba pawia strzelę!
B: Muszę tu przyznać, że je se ulżę.
MT: To idźcie, a wracajcie szybko, bo wnoszą już kolejne dania, a i kolejne wino trzeba polać.
P: Ja jestem na nie przede wszystkim chętny, bo już i nieźle w gardle zaschło i od tych fajek straszną mam w ustach siekierę!

poniedziałek, 21 lutego 2005
Mówi się, mówi się!

PERSONAE:
Klodia
Pulcher

P: Dobrze, że cię widzę, o Klodio.
K: Witaj, o mój drogi.
P: Muszę cię o coś koniecznie wypytać, bo mnie to nurtuje i niepokoi i nie wiem już sam, co mam o tym myśleć.
K: W czym rzecz?
P: Ano w tym, żem widział dziś Meduzę Cimcirymci i ona jakaś niewyraźna mi się zdała najpierw, a przysiągłbym później, że ona sama do się mówiła i nie, że jako to już w jej wieku być może, kilka słów nieco głośniej przy innych tych wypowiedziane, ale całkiem długo perorowała jakby z kimś o czymś, a tylko nie słyszałem dobrze, bo raczej nie tak znowu blisko mnie stała, a wcale daleko, a ja nie chciałem jej się dziś w oczy rzucać, więc i nie ruszałem się i nic nie mówiłem, a tylkom się dziwił, bo wyraźnie mówienie słyszałem, tylko jego treści nie.
K: Nie inaczej, trąbogłowy Pulchrze! A toś ty nie wiedział, że ona tak już ma, bo i to przez ten tupecik, co o nim już było przy innej okazji!
P: Wżdy przez tupecik powiadasz!
K: Nie co innego, tylko Przesławny Filologiczny Tupecik po jej ojcu filologu klasycznym.
P: A to i jak?
K: Ano tak, że on jakby się zdaje do niej przemawia, a ona go i słucha i mu na wszystko lub prawie wszystko odpowiada!
P: A to mów mi tu o tym prędko, bo tego nie znam!
K: Pamiętasz więc to co wcześniej było mówione i to co sam mówiłeś niedawno o tej?
P: Ze wszechmiar, rozchełstana Klodio!
K: To teraz słuchaj, bo to było zaraz po tym, jak on był wstąpił na jej głowę, a ona zdała na ten tutaj kierunek. To on:
- Patrzaj swemi oczemi, ma córko, na to co tutaj się dzieje i wyprawia. O tempora! O mores! Vanitas vanitatum et omnia vanitas! Tylko nogę się zstawi z tego świata, a już kurwy, już sępy, już gnidy głupie rozerwą wszystko i sprowadzą na złe! Oto widzi mi się, córko, twoje jest tutaj zadanie. Bo to nie to, co zostawiłem, tylko dużo gorzej tu jest i nikt już nic nie robi w tym względzie.
- Ojcze przesławny, juści nic innego nie będę robiła, jak się będę kształcić i w dobro urastać, a nawet jak zły nauczyciel, to chyba da się od niego i tę odrobinę dobra wziąć, bo nikt przecież tak całkiem zły nie może być, a tylko po części i po części jest dobry, i gdzie indziej ta dobra część miałaby się objawiać, jak nie w nauczaniu, bo oni przecież nie uczą tu czego innego jak języków i kultur antyku, a nie moraliów jakiś, co złem swoim można zatruć, tako więc się postaram z całej duszy i będę tak czynić.
- Córko, słusznie przemawiasz! Bo nie ma co się unosić. Twoje zadanie jest jasne: grekę posiąść najlepiej, a i łacinę po drodze. Potem, słuchaj uważnie, co zza zagrody mych zębów ku uszom twym się wyrywa, potem studia podejmiesz na dziełem sławnego Ammiana, co Marcelin jest zwany, a co go tutaj te łotry tak niecnie w niepamięć zepchnęli.
- Atoli cóż to za słowa z zagrody twych zębów wyszły? Toż po łacinie on gadał!
- A to i tak być musi. Poświęć się póki co, potem będziemy rozważać dalsze rzeczy. Tymczasem Ammian twym życiem!
A szedł wtedy młodzian prześwietnej wręcz urody i wzroku jasnego korytarzem, z postury trochę do bogów podobny, a z wymowy to raczej jak któryś z nich, Protagoras czy może Gorgiasz, lecz z myśli to raczej Platon czy nawet Arystoteles. No i tak patrzy przeciągle tymi oczami swoimi błękitnymi. I ona też patrzy i nadziwić się nie może! A on tak patrzy! Ale nie na nią. Bo on tak patrzy, ale gdzieś poza. I już jej się wydaje, że to jaki Achillesz jest i wtedy głos się ozywa:
- Ty, córko, jesteś jak mniszka posłana tutaj, by wprzódy sławę Marcelina głosić i zło tutejsze naprawić, a potem się jeszcze zobaczy. Więc zwróć swe oczy raczej na gramatykę, na słownik, na książki w prześwietnej mowie, a tego mi tutaj zostaw i wszelką myśl o nim porzuć! Dziewicą być musisz! Nie waż się czynić inaczej!!
I tak to jest z tym jej gadaniem, ona do niego wciąż mówi.
P: Nie może być! I ona w tym jest do dzisiaj!
K: Nie inaczej! W obydwu: i mówi, i żaden też u niej nie bywał!
P: I teraz by bywać nie chciał!
K: A ona śni o Rypciumie.
P: To wiem już, co z tego!
K: Nic.
P: I ona słowom ojca tak całkiem była posłuszna.
K: Całkiem! Bo on ją terroryzował! A co się nie wyrabiało, a z głowy chciał jej już złazić, złorzeczył, przeklinał, siał terror!
P: Czy tak?
K: Tak. I to ci opowiem. Nie teraz wżdy, bo już mnie gazy nazbyt rozpierają, więc muszę grzać na agorę.
P: To idźże, bo nie chcę ja tym dostać. Niech wiatry ci będą pomyślne.
K: Na Dzeusa, inaczej być nie może!

sobota, 19 lutego 2005
Niedoszłe opowieści o Meduzie

PERSONAE:
Brutus
Klodia
Pulcher
Ona Ten-Teges

B: Czy idziecie dziś na sympozjon do Onej Ten-Teges?
P: Nie.
B: A ty, Klodio szerokowładna na umyśle?
K: Wolę już siedzieć w domu i tkać peplos!
B: Feu! To nici dziś z opowieści o Meduzie Cimcirymci!

Przychodzi Ona Ten-Teges

OT-T: (na stronie) Jakże się lekam w swym sercu, że nikt dziś do mnie nie przyjdzie!

poniedziałek, 14 lutego 2005
De sancti Valenti die

PERSONAE:
Agrypina
Klodia
Pulcher
Ona Ten-Teges

A: Znasz coś może o Meduzie Cimcirymci?
P: Te i inne historie.
A: Powiedz więc nam, jakie to te inne?
P: Na Dzeusa, jest ich trochę!
A: To powiedz nam pierwszą bądź!
P: A to będzie nie o czym innym, jak o spotkaniu Meduzy Cicmcirymci i Rypciuma-Pypciuma, czy może raczej powinienem był powiedzieć schadzce, jak o tym ona uważa. Ale nie wiem, czy Klodia już nie słyszała tej historii, a nie chciałbym przy niej powtarzać, tego co ona już wie?
K: Niech cię wolooka Hera ma w swojej opiece, bo tego jeszcze nie znam!
P: To teraz, tak upewniony, mogę już wam wszystko przedstawić jak było. Bo działo się to nie gdzie indziej, jak tutaj, u nas w korytarzu.
A: To tyś to wszystko sam widział!
P: Nie kto inny!
K: No mówże już szybko, bo się zaraz przekręcę z ciekawości!
P: Dobrze, już mówię. Działo się to ni mniej, ni więcej tylko rok temu, czyli dokładnie jak teraz w czternastym dniu lutego. Siedziałem w tym właśnie miejscu i czytałem to to, to tamto z tego, co się u nas zwykle czyta. I wtedy wszedł w korytarz mąż, z wysokości całkiem słuszny, a i z twarzy niezgorszy. Nie pytając mnie, ani tych innych nielicznych, co byli w pobliżu, o nic, jak to zwykle pytają ludzie obcy, co do nas przychodzą, jeszcze śmiało skierował swe kroki ku tamtym drzwiom, na prawo. Ja spojrzałem za nim, bo to jednak zawsze ciekawiej kogoś obcego poobserwować, niż tamte rzeczy czytać. A on tymczasem bierze się za pukanie do tych drzwi, ale nikt tam mu nie odpowiada. I już chyba miał zbierać się do odejścia, jak wchodzi w korytarz Meduza Cimcirymci i wiadomo, że już jej się wzrok jakby ożywia na widok tamtego. To i on rusza się spod tych drzwi, ale i trochę się jakby ociąga i taki niechętny się jednak i niewyraźny zdaje, i podchodzi ku niej, i potem się witają wzajemnie, a ona wymienia nawet jego imię, które jest Rypcium-Pypcium. Zaś on:
- Azaliż przybyłem tutaj li tylko po to, aby się na dyżur następny ogłosić.
- Na przyszły tydzień. – ta zaś powiada – Dobrze, niech i tak będzie, skoro łaskawi bogowie, ale przecie i teraz już możemy w moim gabinecie podialogować nieco, ja pana tam bardzo zapraszam.
Temu w oczach rośnie przerażenie, to widać, bo nie był chyba nieszczęsny na tak długie spotkanie z nią usposobiony właściwie. Ale ona już ręce do niego wyciąga i uśmiechnięta szeroko dalej go próbuje namówić:
- Może pan kawy, może herbaty chętny byłby się napić, mam też ja, zdaje się, jakieś przecudnej natury ciastka słodkie, z karmelem u siebie w biurku, specjalnie tam na takie okazje odłożone.
- Zbytek troski, mnie dziś naprawdę nic nie potrzeba, a i spieszę się trochę. – on na to.
- Feu! Być nie może, już chcesz mnie pan tak zostawić, a jeszcze nic z pana pracy nie było nam dane omówić.
I dalej do niego z łapami, bo skoro nie po dobroci, to myśli sobie nieszczęsna, że przemocą go może przemoże. Ale ten się opiera silnie i nawet jest skory się wyrwać. W końcu on krzyczy:
- Ależ mi spieszno, mleko zostawiłem na gazie!
I w nogi, a ona za nim krzyknęła:
- Ojmoj! Dobrze więc tedy, jak będzie pan w przyszłym tygodniu, to o tym, co już pan napisał, będziemy długo rozmawiać! – a głos jej był pełen nadziei.
OT-T: A o czym on pisał?
P: Tego powtórzyć nie umiem, bo takie słowa są dla różnych, co się mądrymi zowią, a mnie to doprawdy zwisa. Bo czy się komu przydaje naprawdę wiedzieć co inni tam gdzieś piszą? Tylko chyba leniwych to czasem może ciekawić, jak już sobie pospali i ich znów nuda nachodzi?
OT-T: Ja bym rzekła tu raczej ‘uczonych’, a ci ciężko pracują!
P: A jak się zową ci uczeni, co ich tu nam przywołujesz, w grece?
OT-T: Może być, że Scholasticy.
P: A czy to słowo nie znaczy jedno i drugie: być uczonym i być leniwym i śpiochem?
OT-T: Nie co innego.
P: Czy więc nie jest tak, że ci leniwi i sypiający zbyt dużo to są inaczej uczeni.
OT-T: Mnie się tak nie wydaje, bo to są różne znaczenia.
P: A słowo jest jakby to samo?
OT-T: To samo.
P: To tym samym więc słowem raz wielkich uczonych zwano, a zaraz potem leniwych? To słusznie jest mówić to samo o ludziach co ciężko pracują i o tych co się leniwią?
OT-T: Niesłusznie.
P: Nieprawdaż! To zdaje mi się, że nie mogło być inaczej, jak tak, że ci pierwsi mieli coś z drugich albo ci drudzy coś z pierwszych? Nie wiem, co ty o tym sądzisz, ale mnie się wydaje, że to jest łatwiej uczonym być leniwymi zarazem, niźli leniwi mieliby się tak znów do nauki garnąć?
OT-T: To racja. Tak łatwiej.
P: Sama więc widzisz! A teraz dość już o tym, boś mnie i tak sprowadziła na inne tory dyskusji. Przychodzisz nam tu całkiem znienacka i zajmujesz innymi sprawami! Już za długo mówimy o rzeczach, co nieciekawe za bardzo, a przy najmniej na pewno nie tak ciekawe jak tamte, o których było wcześniej. Teraz już jednak nie ma co z drogi zawracać, na którą raz żeśmy weszli, co najwyżej zejść z niej możemy. Ja schodzę i idę sobie!
K: Poczekaj i na mnie, to sobie na dole w szczelinę w zagrodzie zębów włożymy po fajku prześwietnym i dymu puszczać będziemy całkiem obficie!
P: Z tym się nie można nie zgodzić!


 
1 , 2