| < Luty 2005 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28            
poniedziałek, 28 lutego 2005
Meduza Cimcirymci kontra prof. Przyjazny Ślimak

PERSONAE:
Agrypina
Klodia
Brutus
Pulcher
Marek Terencjusz
Liwia

A: Jemy już dość długo, a nam muzyka dawno się skończyła.
K: Oto co znaczy nażerać się i napychać brzuchy bez umiaru. O wszystkim idzie przy tym już zapomnieć!
MT: A ja bym chętnie tu czegoś posłuchał, bo to tak nudno przy udkach czas płynie, a i winogron w postaci ich płynnej mam trochę dosyć.
L: Jest nienajlepiej.
B: Czy czegoś za mało?
A: Chyba że nie jedzenia, ani napitku, tego wszystkim dosyć.
MT: To przecie mówię, że jakby historii.
K: Niech Pulcher opowie!
P: A jaką znowu? Pewnie najchętniej o naszej Meduzie?
K: O czymże innym! To nas najwięcej z wszystkiego ciekawi!!
B: Chętnie posłucham, a i Marek Terencjusz pospołu z Liwią zdają się na to chętni.
A: No mówże już prędko, bo dość mi już jedzenie ciąży w brzuchu!
P: Już mówię tedy. Bo było to nie tak znowu dawno. Meduza była wprost po swych zajęciach, na których Homer dużo był mówiony. I sama słyszy, że studenci w korytarzu mówią, o tym jak profesor Przyjazny Ślimak tłumaczył im Homera i są zachwyceni ze wszystkiego tym najbardziej, że tak po prostu i bez nadmiernej komplikacji. Ten pokazywał im bowiem, że jak coś jest tak, to tak jest i nie ma co zmieniać, żeby było inaczej, więc mówią, że u niego to miło całkiem, bo rzeczowo bardzo. Usłyszawszy to, wzburzona wielce i tym bardziej, że nie tylko w jej honor, ale i we wszelkie cnoty Przesławnego Filologicznego Tupeciku takie rzeczy wydały jej się godzić, idzie do tamtego, a przywitawszy się chłodno i oschle mówi:
- Słyszałam skądiś, że to tak prosto i rzeczowo można Homera tłumaczyć, kiedy tymczasem jest wręcz przeciwnie, a nie wydaje mi się, aby bogom miłym było, żeby i o nich tak po prostu mówić, a przecież liczne rzeczy u Homera o bogach wspomniane! Tak się nie godzi tedy!
Na to w te słowa on jej rzecze:
- To tak zawile Homer o tym wszystkim pisze, że trzeba jakoś go tak tłumaczyć, że nie zwyczajnie i po prostu ze słów na słowa?
- Nie inaczej!
- To i bogach takie niejasności?
- O bogach także i tego się trzeba najbardziej wystrzegać!
- Więc ty, kochana, niezbyt to rozumiesz, o co mu chodzi?
- Ależ wręcz przeciwnie!
- A to po grecku rozumiesz co pisze, czy też i w naszym ojczystym języku?
- W obydwu.
- A co innego jest w jednym i w drugim?
- To już zależy jak się przetłumaczy, bo kiedy namysł powziąć odpowiedni nad każdym słowem, to i w przekładzie ścisłości dojść można, żeby to było całkiem jak po grecku. Ale to nie tak, że słowo za słowo, bo odpowiednim każde, i choćby najmniejsze, trzeba rodzimym słowem uważnie zastąpić. Inaczej wszystko nam pójdzie na marne i same kłamstwa będziemy powiadać.
- Tak wiele kłamstwa! Doprawdy to się nikomu nie godzi! Odpowiedz mi w takim razie na to: czy skoro taki jeden pisze tłumacząc Homera:
Gniew Achillesa, syna Peleja, opiewaj, bogini,
Gniew złowrogi, co krocie klęsk na Achajów sprowadził,
Wiele potężnych dusz bohaterów w podziemia Hadesu
Strącił, zaś ciała na żer rzucił psom i ptakom-drapieżcom;

to to jest zasadniczo coś innego, czy coś bardzo podobnego do tego, co i sam Homer mówi?
- Coś podobnego, ale nie do końca.
- Ja nie mówiłem, że ma być do końca. Bo przyznaj sama, że sztuka tłumaczenia już z samej swej natury dokładną być nie może! Sama wiesz chyba lepiej ode mnie, że słowo słowu nigdy nie jest równe, kiedy granica języków je dzieli. To odpowiedz mi teraz także na to: czy to tak nie jest, że kiedy ktoś tutaj przychodzi i uczy się i studiuje przez kilka lat, to my go nie tylko słownictwa uczymy i gramatyki, ale i myśleć, jak nam się zdaje, podobnie do tych, którzy starą mową tak znakomicie się posługiwali, a także wielu innych rzeczy przecież jak nazwy sprzętów, czynności, miejsc różnych?
- Uczymy.
- Czy więc ktoś taki, co zgłębia Greków prześwietnych tajniki kultury, nie będzie w stanie w każdej bądź mowie wychwycić wszystko to co najważniejsze i to bez względu czy cnotę męstwem zwać będzie, czy też męstwo cnotą?
- Tak się wydaje.
- Bo trzeba żyć w prawdzie, moja droga, i trzeba wiedzieć, że przepaść jest duża, a to wystarczy, aby już rozumieć. I wtedy nie już co się rozwodzić, nad szczegółowym znaczeniem to tego, to znów innego słowa ze wszystkich. I z tym się pewnie ze mną zgodzisz, że kiedy w prawdzie życie nam upływa, to wiemy przecież wszyscy doskonale, że nic nam wiedzieć na pewno danym nie będzie? Oszukiwać więc nie ma się po co!
- Tak się być zdaje, kiedy ty to mówisz.
- Bo popatrz jeszcze, że i w naszej mowie każde jedno słowo nie znaczy tylko jednej i jedynej rzeczy, ale wiele różnych. Więc skoro Homer coś po grecku pisze, co w naszej mowie znaczy to to, to tamto, to chyba nie ma większych wątpliwości, że i u niego nie jedno znaczenie, ale zupełnie ich kilka być może?
- Tak jest, nie inaczej przecież.
- Więc wszystkiego się idzie z tego nam domyślić. Czy powiesz tak, czy owak, to w obu językach zawsze coś przeciwnego oznaczać to może i owak nagle tym takiem się stanie, a tak się owaki zrobić może w czyimś umyśle. Czy się z tym zgadzasz?
- Eheu! Nie można się chyba nie zgodzić!
- Więc po co, powiedz może mi Meduzo, czas tracić cenny, rozprawiając o tym, czy i i będzie, czy a może, skoro w tłumaczeniu to nic nie pomoże? Czy to nie lepiej taki czas poświęć by książki ładnie w papier obłożone były?
Wtedy już ona całkiem rozstrojona, a jeszcze pod przemożnym wpływem ze wszechmiar złego gniewu Tupeciku, rozwarła swą zagrodę zębów lecz słowa mądre nie miały skrzydeł, a skrzydła dała tylko słowom gniewu i szybko zmyła się. Tak to było!
A: Uciekła, przegrawszy?
P: Nie inaczej przecież!
K: Świetna historia, ale teraz muszę już szybko udać się do womitorium, bo długa była, to i wina dużo, słuchając jej, sobie pozwoliłam wypić. Teraz chyba pawia strzelę!
B: Muszę tu przyznać, że je se ulżę.
MT: To idźcie, a wracajcie szybko, bo wnoszą już kolejne dania, a i kolejne wino trzeba polać.
P: Ja jestem na nie przede wszystkim chętny, bo już i nieźle w gardle zaschło i od tych fajek straszną mam w ustach siekierę!

niedziela, 27 lutego 2005
Słownik

Dedykowane Paulusowi

pedico 1. verbum szukać kluczy do własnego mieszkania w odbycie kolegi za pomocą swojego penisa

sobota, 26 lutego 2005
Słowo 1.

alipilus, i m (łac.) substantivum niewolnik, który wyrywał (lub usuwał) włosy pod pachą

piątek, 25 lutego 2005
Słowo 4.

concaco 1. (łac.) verbum powalać kałem

czwartek, 24 lutego 2005
A skądże ten fragment?

Filokleon: No, popatrz, przyjrzyj się. Kogo z bogaczy moja postawa i chód przypomina?
Bdelykleon: Najbardziej - czyrak smarowany czosnkiem.
Filokleon: Przecież się staram wdzięcznie kręcić tyłkiem.
Bdelykleon: A czy potrafisz poważnie rozmawiać z wykształconymi ludźmi, z uczonymi?
Filokleon: Pewnie!
Bdelykleon: Więc o czym?
Filokleon: O przeróżnych rzeczach, o tym, jak Lamia złapana pierdziała, o tym, jak kiedyś Kardopion swą matkę...

środa, 23 lutego 2005
Koniugacja v. beta

Nowa odmiana czasownika iść:

ja idzieo
ty idzies
on, ona idziet

my idziemus
wy idzietis
oni, one idzient

wtorek, 22 lutego 2005
Słowo 55.

proktopenteteris, idos, he (gr.) substantivum "pośladkowa pięciolatka", rozpusta odbywająca się co pięc lat

poniedziałek, 21 lutego 2005
Mówi się, mówi się!

PERSONAE:
Klodia
Pulcher

P: Dobrze, że cię widzę, o Klodio.
K: Witaj, o mój drogi.
P: Muszę cię o coś koniecznie wypytać, bo mnie to nurtuje i niepokoi i nie wiem już sam, co mam o tym myśleć.
K: W czym rzecz?
P: Ano w tym, żem widział dziś Meduzę Cimcirymci i ona jakaś niewyraźna mi się zdała najpierw, a przysiągłbym później, że ona sama do się mówiła i nie, że jako to już w jej wieku być może, kilka słów nieco głośniej przy innych tych wypowiedziane, ale całkiem długo perorowała jakby z kimś o czymś, a tylko nie słyszałem dobrze, bo raczej nie tak znowu blisko mnie stała, a wcale daleko, a ja nie chciałem jej się dziś w oczy rzucać, więc i nie ruszałem się i nic nie mówiłem, a tylkom się dziwił, bo wyraźnie mówienie słyszałem, tylko jego treści nie.
K: Nie inaczej, trąbogłowy Pulchrze! A toś ty nie wiedział, że ona tak już ma, bo i to przez ten tupecik, co o nim już było przy innej okazji!
P: Wżdy przez tupecik powiadasz!
K: Nie co innego, tylko Przesławny Filologiczny Tupecik po jej ojcu filologu klasycznym.
P: A to i jak?
K: Ano tak, że on jakby się zdaje do niej przemawia, a ona go i słucha i mu na wszystko lub prawie wszystko odpowiada!
P: A to mów mi tu o tym prędko, bo tego nie znam!
K: Pamiętasz więc to co wcześniej było mówione i to co sam mówiłeś niedawno o tej?
P: Ze wszechmiar, rozchełstana Klodio!
K: To teraz słuchaj, bo to było zaraz po tym, jak on był wstąpił na jej głowę, a ona zdała na ten tutaj kierunek. To on:
- Patrzaj swemi oczemi, ma córko, na to co tutaj się dzieje i wyprawia. O tempora! O mores! Vanitas vanitatum et omnia vanitas! Tylko nogę się zstawi z tego świata, a już kurwy, już sępy, już gnidy głupie rozerwą wszystko i sprowadzą na złe! Oto widzi mi się, córko, twoje jest tutaj zadanie. Bo to nie to, co zostawiłem, tylko dużo gorzej tu jest i nikt już nic nie robi w tym względzie.
- Ojcze przesławny, juści nic innego nie będę robiła, jak się będę kształcić i w dobro urastać, a nawet jak zły nauczyciel, to chyba da się od niego i tę odrobinę dobra wziąć, bo nikt przecież tak całkiem zły nie może być, a tylko po części i po części jest dobry, i gdzie indziej ta dobra część miałaby się objawiać, jak nie w nauczaniu, bo oni przecież nie uczą tu czego innego jak języków i kultur antyku, a nie moraliów jakiś, co złem swoim można zatruć, tako więc się postaram z całej duszy i będę tak czynić.
- Córko, słusznie przemawiasz! Bo nie ma co się unosić. Twoje zadanie jest jasne: grekę posiąść najlepiej, a i łacinę po drodze. Potem, słuchaj uważnie, co zza zagrody mych zębów ku uszom twym się wyrywa, potem studia podejmiesz na dziełem sławnego Ammiana, co Marcelin jest zwany, a co go tutaj te łotry tak niecnie w niepamięć zepchnęli.
- Atoli cóż to za słowa z zagrody twych zębów wyszły? Toż po łacinie on gadał!
- A to i tak być musi. Poświęć się póki co, potem będziemy rozważać dalsze rzeczy. Tymczasem Ammian twym życiem!
A szedł wtedy młodzian prześwietnej wręcz urody i wzroku jasnego korytarzem, z postury trochę do bogów podobny, a z wymowy to raczej jak któryś z nich, Protagoras czy może Gorgiasz, lecz z myśli to raczej Platon czy nawet Arystoteles. No i tak patrzy przeciągle tymi oczami swoimi błękitnymi. I ona też patrzy i nadziwić się nie może! A on tak patrzy! Ale nie na nią. Bo on tak patrzy, ale gdzieś poza. I już jej się wydaje, że to jaki Achillesz jest i wtedy głos się ozywa:
- Ty, córko, jesteś jak mniszka posłana tutaj, by wprzódy sławę Marcelina głosić i zło tutejsze naprawić, a potem się jeszcze zobaczy. Więc zwróć swe oczy raczej na gramatykę, na słownik, na książki w prześwietnej mowie, a tego mi tutaj zostaw i wszelką myśl o nim porzuć! Dziewicą być musisz! Nie waż się czynić inaczej!!
I tak to jest z tym jej gadaniem, ona do niego wciąż mówi.
P: Nie może być! I ona w tym jest do dzisiaj!
K: Nie inaczej! W obydwu: i mówi, i żaden też u niej nie bywał!
P: I teraz by bywać nie chciał!
K: A ona śni o Rypciumie.
P: To wiem już, co z tego!
K: Nic.
P: I ona słowom ojca tak całkiem była posłuszna.
K: Całkiem! Bo on ją terroryzował! A co się nie wyrabiało, a z głowy chciał jej już złazić, złorzeczył, przeklinał, siał terror!
P: Czy tak?
K: Tak. I to ci opowiem. Nie teraz wżdy, bo już mnie gazy nazbyt rozpierają, więc muszę grzać na agorę.
P: To idźże, bo nie chcę ja tym dostać. Niech wiatry ci będą pomyślne.
K: Na Dzeusa, inaczej być nie może!

 
1 , 2 , 3 , 4